piątek, 11 października 2013

Absurd i tragizm - "Świadkowie - zapomniane głosy. Pierwsza wojna światowa"


Seria „Świadkowie – zapomniane głosy” to książki szczególne. Chociaż to publikacje historyczne, komentarz historyka jest szczątkowy i raczej nakreśla tło niż prezentuje tezy czy szczegółowy opis. Książki oddają bowiem głos zwykłym ludziom - świadkom i uczestnikom wydarzeń. Czasami będą to dowódcy oddziałów na polu bitwy, czasami – zwykli żołnierze, innym razem – przypadkowi przechodnie. Wszystkie głosy tworzą mozaikę, dzięki której znane z kart podręczników wydarzenia nabierają życia. 

Pierwsza refleksja po zakończeniu książki była dla mnie dość oczywista – dotyczyła różnic w odbiorze Wielkiej Wojny przez Polaków i obywateli państw zachodnich. W naszej świadomości sama wojna właściwie nie istnieje – nawet Legiony Piłsudskiego, ułani na koniach, a przede wszystkim - radość z odzyskania niepodległości funkcjonują jakby osobno, bez powiązania z wojenną rzeczywistością. Tymczasem dla państw zachodnich pierwsza wojna była niemożliwą do uleczenia traumą, która kosztowała życie lub utratę zdrowia miliony młodych mężczyzn.

Dlatego czytanie wspomnień weteranów frontu zachodniego może być niezwykle bolesne – ich marzenia o szturmach na wroga zderzyły się nagle z ponurą rzeczywistością okopów.
Nasz sektor na północ od Armentieres przerwał ogień. Można sobie łatwo wyobrazić, w jakim stanie były latryny. Nie dało się spać, każda minuta ciągnęła się jak godzina. Ciała poległych leżały na polu walki. Deszcz nie ustawał. Nasze okopy miały głębokość około dwóch metrów, a poziom wód gruntowych był pół metra niżej. Brodziliśmy w marglu lub żółtej, wodnistej, gliniastej mazi. Kiedy nadszedł wieczór i mogliśmy już wydostać się na zewnątrz, zajęło nam to około godziny. Niektórym osuwała się stopa, wpadali do wody i topili się. Nie było ich widać, ale potem wyczuwaliśmy pod nogami ich ciała.
Strzelec Henry Williamson, Londyńska Brygada Strzelców
To wspomnienie z pierwszej bitwy pod Ypres – czyli mamy dopiero rok 1914. A potem będzie już tylko gorzej:
Ciała niektórych rozpadły się na dwa, a niektórych na trzy kawałki. Wszędzie walały się ręce i nogi. Czuć było gryzący swąd wybuchu. W tamtej chwili zniknęły moje wszelkie romantyczne wyobrażenia dotyczące wojny. Następnego dnia miałem zbierać kawałki ciał rozpryśnięte wokół worków z piaskiem.
Szeregowy R. Richards, Królewskie Wojska Inżynieryjne
Wojnę oglądamy przez pryzmat doświadczeń pojedynczych żołnierzy – nie sposób jednak uciec od myśli o tych, którym te doświadczenia zawdzięczają. Niektóre spośród wspomnień bardzo dobitnie ukazują fakt, że Wielka Wojna w oczach przywódców po obu stronach frontu była jednym wielkim poletkiem doświadczalnym dla nowych rodzajów broni. Gazy bojowe, czołgi, granaty, miotacze ognia, bardziej śmiertelne rodzaje pocisków – wszystkie te udogodnienia mające na celu zabijać łatwiej, szybciej i większą ilość ludzi zostały przez bohaterów książki dokładnie przetestowane. Technologie te były jeszcze prymitywne, ale już wtedy – śmiercionośne, chociaż żołnierze dopiero uczyli się ich używać.

Oprócz tragizmu sytuacji żołnierzy (lecz także przykładów radzenia sobie z losem, poczucia humoru, braterstwa broni) książka najdobitniej chyba ze wszystkich w tej serii pokazuje absurdalność wojny jako zjawiska. Historie opowiadane przez żołnierzy z pierwszej linii bywają zadziwiające. Momentami okopy znajdowały się tak blisko siebie, że walczący mogli spokojnie ze sobą porozmawiać, a nawet – podać sobie ręce.W książce znajdziemy również relacje (chociaż różniące się szczegółami) ze słynnego "rozejmu bożonarodzeniowego", kiedy to doszło do bratania się żołnierzy przeciwnych oddziałów.
Po ataku przeprowadzonym 19 grudnia wróciliśmy do tych samych okopów, gdzie zastało nas Boże Narodzenie. To była surowa zima, wszędzie leżał śnieg, wszystko było białe. Zeszpecony krajobraz wyglądał potwornie w swoich prawdziwych barwach – gliny, błota i pokruszonej cegły – ale pokryty puchem stał się nagle piękny. I wtedy usłyszeliśmy, jak Niemcy śpiewają „Cicha noc, święta noc”, a po chwili nadeszła od nich wiadomość – życzenia „Wesołych Świąt”. Więc my też posłaliśmy im życzenia.
Szeregowy Frank Sumpter,  Londyńska Brygada Strzelców

I chociaż trudno uwierzyć, że scena wyglądała tak, jak w nominowanym do Oscara filmie "Wesołych Świąt", równie mocno pokazuje tragizm i absurd sytuacji, w jakiej znaleźli się żołnierze.



W końcowych relacjach żołnierzy, tych dotyczących zakończenia wojny, próżno szukać radości z powrotu do domu. Widzimy raczej gorycz, zagubienie i niepewność tego, co stanie się teraz. W końcu przez całe cztery lata ich świat zaczynał się i kończył na ścianach okopów. 

„Głosy” przywołane w książce pochodzą z liczącego ponad 33 000 nagrań archiwum historii mówionej londyńskiego Imperial War Museum. Samo muzeum zostało założone w 1917 roku dla upamiętnienia ofiar pierwszej wojny światowej. Obecnie znajdują się w nim wystawy i prezentacje multimedialne poświęcone konfliktom od 1914 roku do współczesności. Dość znamienny jest fakt, że jego aktualna główna siedziba przy Lambeth Road w gminie Southwark mieści się w budynku... dawnego szpitala psychiatrycznego.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz